Ta podatność na opinię lub postępowanie innych świadczy o tym, że nabraliśmy przesadnej wagi w ocenie własnej osoby. Przelotne krytyczne spojrzenie, mimochodem rzucona złośliwość, sam ton głosu i nastrój stają się powodem obrażania się na otoczenie.
Thank you for reading this post, don't forget to subscribe!Przyczyna urazów może być katastrofalnie nieznaczna, a siła urazy — do śmiesznego wielka. Lecz człowiek urażony gotów jest hołubić swoją urazę i zabrać ją do grobu niczym świętą krowę.
Straszne tu nie samo zapożyczenie — wszyscy jesteśmy złożeni z cudzych słów, to normalne. Straszne jest to, że następuje utrata autorstwa wewnątrz siebie. Myśl kiedyś została usłyszana, ale szwy się starły i teraz odczuwa się ją jako osobiście wystradaną. Człowiek mówi „zawsze uważałem” — a naprawdę powiedział to prezenter w 2003 roku i od tamtej pory fraza po prostu leżała na półce, niepoddawana żadnej rewizji.
Młodość to czas, gdy cudza myśl wciąż odbierana jest jako cudza: można ją wypróbować, obrócić, odrzucić lub przyjąć, uzupełniając własnym doświadczeniem. Starość to czas, gdy filtr między „usłyszałem” a „jestem pewien” zaciera się, i im rzadziej umysł otwiera się na nowe, tym mocniej cementuje się to, co stare, podawane za własny wniosek.
I tu ciekawy szczegół: nie jest to kwestia wieku w sensie biologicznym — dzieje się tak z każdym umysłem, który przestał konfrontować swoje przekonania z rzeczywistością. Po prostu z wiekiem strumień nowych danych się zwęża, a proces przebiega szybciej i niezauważalnie.
Mylenie „kiedyś było lepiej” z „byłem młodszy”, przekonanie, że świat się zepsuł — dotyczy to starości we wszystkich wiekach i u wszystkich narodów. Już w tysiącletnich staroindyjskich wedach są pieśni o tym, że świat staje się coraz gorszy, i tak, młodzież już nie ta.
W młodości wspomina się przeszłość epizodycznie — to po prostu barwny urywek: żywy, niezapomniany epizod z własnego życia. W starości przeszłość staje się jedyną skalą, którą mierzy się teraźniejszość. A teraźniejszość zawsze przegrywa, bo porównywana jest nie z realną przeszłością, lecz z jej poprawioną przez świadomość lepszą wersją.
Młody złości się na konkretną rzecz — złą aplikację, głupią modę. Starość złości się na sam fakt, że coś się zmieniło, nieważne jak. To, co nieznane, automatycznie koduje się jako „gorsze”.
Młody, nie rozumiejąc czegoś, dopuszcza: możliwe, że się nie rozeznałem. W starości niezrozumienie częściej konwertuje się wprost w werdykt: skoro ja, z całym moim doświadczeniem, nie jestem w stanie tego pojąć — znaczy, że mnie wodzą za nos i że żadnego sensu w tym nie ma.
W młodości ocenia się człowieka na nowo przy każdym spotkaniu. Z czasem powstaje dossier — a potem porównuje się już tylko z dossier, a nie z człowiekiem, który stoi przed nami teraz. Ludzie „grzęzną” w tej wersji siebie, jaką byli dziesięć–dwadzieścia lat temu w czyjejś głowie.
Ciekawość cudzej sytuacji (co się dzieje? dlaczego tak?) wypierana jest przez pragnienie, by od razu wydać gotowe rozwiązanie. Jest wypróbowane, leży pod ręką, a pytać — znaczy przyznawać, że własna wiedza może nie wystarczyć.
W młodości oba strachy działają przeciw sobie i utrzymują człowieka przy życiu. W starości strach przed wyjściem na głupca przybiera na sile, a strach przed byciem nudnym słabnie — i to zmusza do powtarzania tego samego.



