Kiedyś, z grupą studencką, wybrałam się w górskie wyprawę i od tej pory na zawsze pokochałam góry. Śniły mi się nawet we śnie: trafiłam do jednego pięknego miejsca tuż przed przełęczą, które wydawało mi się jednocześnie bardzo znajome i niezwykle obce. We śnie czułam niesamowite szczęście, że tam jestem.
Obudzona myślałam, że pewnie po śmierci właśnie tam trafię – do tej doliny. Góry stały się dla mnie образом Raju.
Na pierwszy rzut oka nic nadzwyczajnego – tylko nierówny teren powierzchni ziemi. Ale wspinaczka to jak małe życie ludzkie, w którym przeplatają się jasne wrażenia i piękne momenty z okresami wysiłku i pracy.
Jak pisał Zbigniew Herbert :
„Pamiętaj proszę, że każdy dzień jest próbą / i cierpliwość ma więcej wartości niż bunt.”
Później, gdy w moim życiu rodzinnym i osobistym pojawiały się trudności, które wydawały się niemożliwe do pokonania, ciągnęło mnie tam – ku lodowcowym jeziorom, przełęczom, nieznakowanym ścieżkom, gdzie widoczny był horyzont, orientacyjne punkty i cele. W tym właśnie góra różni się od lasu, za drzewami którego znika horyzont.
Nie bez powodu u Dantego:
„Ziemskie życie przejdę już do połowy,
A zatoczę się w mrocznym lesie dokoła.”
Czasem trzeba się znaleźć sam na sam z naturą, żeby usłyszeć własne serce. Tak właśnie było ze mną. Po rozstaniu czułam nie tylko ból – to był stan opustoszenia. Wewnątrz pojawiła się pustka, której nie dało się wypełnić słowami ani żadnym rozrywką. Postanowiłam pojechać w góry. Nie dla romantyzmu czy odpoczynku, ale ponieważ wiedziałam: jeśli tego teraz nie zrobię, stracę nie tylko jego, ale i siebie.
Na początku wyprawy, po rozstaniu, wciąż ogarniała mnie tęsknota. Każda wspomnienie wracało z nową siłą. Nie odeszła tylko miłość, ale odeszła na zawsze – jego nowa żona była w ciąży, a więc wszelkie myśli o powrocie do przeszłości były bezzasadne. Im wyżej jednak się wspinałam, tym bardziej zaczynałam coś rozumieć: w dole, w codziennym życiu, zdawało mi się, że moja pewność siebie zależała od jego uczuć, wiadomości, obecności. W górach jednak nikt nie mógł mnie przytulić, ochronić czy pocieszyć. Tylko ja sama. I wtedy zaczęłam naprawdę słyszeć siebie.
Od zewnętrznej zależności do wewnętrznego oparcia
Kiedyś czerpałam pewność siebie z jego uwagi, słów, spojrzenia. Był fundamentem mojej wiary w siebie. Lecz w samotności gór zrozumiałam: prawdziwa siła to bycie sobą nawet wtedy, gdy blisko nie ma osoby, która Cię kocha. Bo w tej najczystszej atmosferze nagle ujawnia się obecność tego niewidzialnego, który naprawdę Cię kocha i nigdy Cię nie porzuci.
Jak napisał Henryk Sienkiewicz w „Quo Vadis?” :
„Miłość jest czymś większym niż uczucie – to stan duszy.”
Przyjęcie bólu bez próby zagłuszenia go
W zwykłym życiu próbowałam „zająć głowę” – szukałam nowych zajęć, kontaktów, oglądałam filmy – wszystkim uciekałam od bólu. W górach nie miałam dokąd uciec. Pozwoliłam sobie płakać, myśleć, pamiętać. Dokonałam wtedy ważnego wewnętrznego kroku: przestałam unikać własnych emocji i zaczęłam je akceptować jako część procesu leczenia.
Tak samo bowiem pisał Julian Tuwim :
„Ból duszy można zgasić tylko łzami samego serca.”
Zrozumienie wartości ciszy
Zawsze bałam się samotności. Myślałam, że jeśli blisko nie ma ukochanej osoby, to znaczy, że nikomu nie jestem potrzebna. Ale w górach poznałam inną prawdę: cisza nie jest wrogiem. Może być lusterkiem, w którym zaczynasz widzieć siebie takiego, jakim naprawdę jesteś. Tam, gdzie nie ma hałasu, zaczynasz rozróżniać swoje prawdziwe pragnienia i nadzieje.
Maria Konopnicka napisała kiedyś:
„Serce mówi cicho – ale bardzo wiele potrafi powiedzieć.”
Rozwój emocjonalnej odporności
Każdy dzień był wyzwaniem: zimno, długa droga, trudności trasy. Te próby nauczyły mnie cierpliwości i pokazały, że potrafię więcej, niż sądziłam. Kiedy fizycznie ciężko, uczysz się nie poddawać – a to z kolei wzmacnia psychikę i daje poczucie kontroli nad własnym życiem.
Podobnie pisał Bolesław Prus :
„Największą siłą człowieka jest jego odporność na cierpienie, bo nie ma siły, której by nie złamał ból, jeśli mu się nie oprze.”
Przejście od smutku do akceptacji
W jednym odległym miejscu wśród skał po raz pierwszy naprawdę się pomodliłam. Nie prosiłam, żeby wrócił, nie narzekałam na los – po prostu dziękowałam. Za ten etap życia. Za możliwość cierpienia i wzrostu. To był moment akceptacji: nie tego, że odszedł, ale faktu, że tak się stało, i że muszę dalej żyć.
A jak pisano w przysłówkach Blaise’a Pascala (popularnych także wśród polskich filozofów):
„Wiara to nie tylko wiedza, że Bóg istnieje, ale także zaufanie, że On wie lepiej.”
Przeżyję!
Kiedy wróciłam do domu, nic zewnętrznie się nie zmieniło: to samo miasto, te same ludzie, ten sam telefon bez wiadomości. Ale w środku – wszystko było inaczej. Stałam się spokojniejsza, pewniejsza siebie, łagodniejsza wobec siebie. Zrozumiałam, że siła to nie brak bólu, ale umiejętność przeżycia go, nie tracąc siebie.
Wyprawa w góry stała się dla mnie wewnętrznym zwrotnym punktem. Przypomniała mi, że mogę wytrzymać wysokość. Że mogę stać sama. I że mogę kochać – nawet z daleka. Bo prawdziwa miłość, podobnie jak prawdziwa siła, rodzi się wewnątrz.



